Przez koronawirusa ligi mogą nie zostać wznowione



ROZMOWA ZE Zbigniewem Bartnikiem, prezesem Lubelskiego Związku Piłki Nożnej oraz członkiem zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej
Ligi mogą nie zostać wznowione

Czy spodziewał się pan decyzji o zawieszeniu rozgrywek trzeciej ligi, niższych klas rozgrywkowych, zmagań młodzieżowych i kobiecych?

- Oczywiście. Osobiście byłem za dłuższą przerwą.

Byli przedstawiciele, którzy chcieli dążyć do tego, by rozgrywki były toczone normalnie?

- Właśnie nie. Z decyzjami rządowymi i samorządowymi, czyli zamykania Ośrodków Sportów i Rekreacji nie można dyskutować. Gdyby ktoś chciał grać, nie miałby gdzie, bo zdecydowana większość klubów występuje na boiskach miejskich czy gminnych. Wszystkich przybija obecna sytuacja. Wirus może dotknąć każdego, bo i zawodnika, jak również sędziego czy kierownika drużyny. Trzeba przeczekać kilkanaście dni. Wydaje mi się, że to i tak zbyt krótki termin.

A jeśli sytuacja się nie poprawi? Co z rozgrywkami ligowymi?

- Termin będzie przedłużany. Między posiedzeniami działa komisja do spraw nagłych, która może również podejmować decyzję.

Jakub Błaszczykowski, czyli zawodnik Wisły Kraków wydał oświadczenie, iż również gracze Ekstraklasy oraz I i II ligi nie chcą grać...

- Na spotkaniu byli przedstawiciele trzech najwyższych klas rozgrywkowych w kraju. Podjęta została decyzja, ale w tym momencie rozmawiamy, a jest piątek (13 marca - przyp. red.) takiej nie było. Do weekendu mogło się dużo wydarzyć i wydarzyło. Rozgrywki zostały zawieszone.

Jeszcze kilka dni temu była decyzja, by toczyć rozgrywki, ale bez udziału publiczności...

- Przygotowania do sezonu, optymalna forma, plany klubowe, wysokie nakłady finansowe, a z drugiej strony chęć nadania rangi widowiska, gdzie niezbędni są kibice. Patrzmy na realia związane z wirusem. Początkowo wybrano formę bez udziału widzów. Pamiętajmy, że jest kwestia rozstrzygnięć w rozgrywkach. Ważna jest piłka, ale najważniejsze zdrowie.

W przeszłości był pan piłkarzem. Dzisiaj wyszedłby pan na boisko w obliczu obecnej sytuacji?

- Mocno bym się zastanawiam. Gdybym był piłkarzem kawalerem, mniej by to rzutowało. Z drugiej strony patrzyłbym za zabezpieczenie zdrowia każdego. Zawodnicy mają rodziny, dzieci. Nie można być samolubem. Postawiłbym duży znak zapytania. Szukałbym odpowiedzi, czy każdy może czuć się bezpiecznie.

Odpowiedź byłaby negatywna...

- Więc nie mamy o czym dyskutować. Nie dziwię się, że zawodnicy z Ekstraklasy się boją. Wynik, trening, mecz mistrzowski czy sparingowy schodzą na dalszy plan. Dbajmy o zdrowie i bezpieczeństwo.

Może dojść do takiej sytuacji, że rozgrywki nie zostaną wznowione?

- Oczywiście. Można brać pod uwagę każde rozwiązanie. Widzimy, co się dzieje na świecie. Kolejne kraje zmagają się z epidemią, zawieszane są ligi. Powinniśmy zakończyć zmagania do 30 czerwca. Do tego czasu zawodnik ma podpisany kontrakt lub deklarację amatora. To czas graniczny. Gdyby doszło do sytuacji, że rozgrywki trzeba przesunąć w czasie. Powiedzmy, że zostaje miesiąc, a trzeba rozegrać "naście" kolejek. To fizycznie niemożliwe, więc uchwała PZPN-u ma w swoim zapisie to, że liga kończy się w momencie, kiedy zostaną wyczerpane wszystkie możliwości. Wówczas trzeba ogłosić wyniki. To ostateczność, która nie ma wymiaru sportowego. Jedni będą zadowoleni, inni nie. Niestety, ale jakieś decyzje trzeba było wypracować.

Boi się pan obecnej sytuacji?

- Nie użyłbym takiego określenia. Jestem mocno zaniepokojony sytuacją, gdyż bierzemy bardzo dużą odpowiedzialność za tak duży obszar sportowy tylu rozgrywek, tylu młodych chłopców i dziewcząt, jak również dorosłych, którzy mają swoje rodziny. Patrząc przez pryzmat zdrowia, przesunęliśmy rozgrywki w czasie.

Ja jako człowiek się boję o najbliższych...

- To jak najbardziej uzasadnione i normalne stanowisko.

Jak wyglądało zebranie władz Polskiego Związku Piłki Nożnej?

- Niektórzy witali się normalnie, ale większość podawała sobie popularny łokieć. Sam prezes Zbigniew Boniek daje tego przykład. Prosi o rozmowę w odległości półtora metra.