fot. Piotr Wołowik. Fotograf: PIOTR WOLOWIK 781942941

"Kargul" chce zagrać jeszcze w tym sezonie (Uwaga! Drastyczne zdjęcie kolana)

Karol Bujak jest już po operacji. Zawodnik Lewartu może mówić o pechu, chociaż jak przyznaje, chciałby dołożyć maluteńką cegiełkę do awansu drużyny do III ligi.




Jego dramat rozpoczął się w ostatnim meczu przez inauguracją sezonu. 10 sierpnia doznał urazu kolana. Okazało się, że jest dużo poważniejszy niż się wydawało. W ostatnich dniach popularny "Kargul" przeszedł operację.

 

ROZMOWA Z Karolem Bujakiem, napastnikiem Lewartu Lubartów

Chcę przyjść na gotowe

Pamiętasz mecz Pucharu Polski z Sokołem Konopnica?

- Minęło kilkanaście tygodni, ale cały czas mam sytuację przed oczami. Biegłem za przeciwnikiem. Kolano wykręciło się do środka. Noga "uciekła". Poczułem ogromny ból. Upadłem na murawę.

Pamiętam, że kilka dni później wspominałeś, iż ból ustąpił...

- To prawda. Bardzo szybko sytuacja wróciła do normalności. Nie miałem żadnej opuchlizny. Odczuwałem mały dyskomfort, jednak nie taki, bym musiałem leżeć w łóżku. Zacząłem normalnie chodzić.

Więc...

- Gdy trochę zmęczyłem nogę, dawała o sobie znać, ale wróciłem do normalności. Nie mogłem trenować, ale normalnie pracowałem i prowadziłem zajęcia z młodymi piłkarzami Górnika Łęczna. Udałem się na badania, gdyż noga nie goiła się tak, jak powinna. Nie było widać efektu leczenia. Przeszedłem dwa prześwietlenia. Okazało się, że mam uszkodzoną łąkotkę oraz zerwane więzadło krzyżowe.

Kiedy położyłeś się na stół?

- W ostatni dzień października. Operację przeszedłem w szpitalu w Puławach. Cieszę się, że mam to za sobą. Czas do operacji strasznie się dłużył. Nie mogłem nic robić. Teraz czas nabrał rozpędu. Już wykonuję proste ćwiczenia. Za niedługo będą bardziej atrakcyjne. Odliczam czas, by wyjść na trening.

Kiedy wrócisz do zajęć?

- Daję sobie pół roku. Będę próbował wrócić powoli. Nie ma mowy o szarżowaniu, gdyż najczęściej kończy się to tragicznie. Lepiej poczekać miesiąc niż zacząć wcześniej i nabawić się kolejnego urazu. Mam dobrego specjalistę fizjoterapeutę i wierzę, że dobrze mnie poprowadzi.

Wielokrotnie oglądałeś kolegów z wysokości trybuny. To łatwe?

- Chłopcy sobie radzą, wszystko idzie w dobrym kierunku. Patrzenie z boku na swoją drużynę to trudne przeżycie. Jest ciężko, bo nie można pomóc. Czuję bezradność. Inne emocje są na boisku, a inne na trybunie. Powiem szczerze, że nie lubię oglądać meczów. Wolę nałożyć strój i wyjść na boisko.

Czy w tym sezonie wyjdziesz na boisko?

- Ciężko powiedzieć. Mam chłodną głowę, nie podpalam się. Oczywiście, chciałbym zaliczyć chociaż pięć minut w sezonie, w którym, miejmy nadzieję, będziemy świętować awans do trzeciej ligi.

A jeśli nie zdążysz?

- Zastanawiałem się nad tym i powiem szczerze, że nic się nie stanie. Przecież świat się nie zawali.

W lipcu będziesz przygotowywał się do rozgrywek trzecioligowych?

- Jesteśmy liderem na półmetku rozgrywek, ale jak widać, konkurencja nie śpi. Czołówka tabeli jest dosyć wyrównana i walka będzie się toczyć do ostatniego spotkania. My jako zespół mamy wyznaczony cel. Chciałbym ponownie wystąpić w trzeciej lidze. Liczę, że dzięki pracy partnerów przyjdę na gotowe (śmiech - przyp. red.).

Masz oparcie w najbliższych w tych trudnych dniach?

- Oczywiście. Jest mama Anna, tata Andrzej, brat Wojtek i siostra Edyta. Nie mogę pominąć mojej narzeczonej Katarzyny. Chyba każdy chciałby mieć taką osobę przy swoim boku. Jestem szczęściarzem, bo Kasia jest ze mną. To złoty człowiek.


Galeria zdjęć: