Budzyński: Przyjaźń schodzi na drugi plan



ROZMOWA Z Michałem Budzyńskim, obrońcą Lewartu Lubartów
Przyjaźń schodzi na drugi plan

Pamiętasz, który zimowy okres przygotowawczy właśnie się rozpoczął w Twoim życiu?

- Oj, nie mam tylu palców dłoni. Gdyby doliczyć wszystkie u stóp to wyjdzie dwudziesty (śmiech - przyp. red.).

Jak się kiedyś trenowało?

- Zupełnie inaczej niż teraz. Kiedyś bazowało się na bieganiu w lesie czy po schodach. Trzeba było robić to w takim tempie, "ile fabryka dała". Często zdarzało się, że aż do "odcięcia". Dzisiaj biega się na sport testerach i nie można przekroczyć swojego progu. Jest pełna kontrola. Wykonuje się ciężką pracę, ale z głową. Wiadomo, po co to się robi.

Masz w głowie jakiś szczególny okres przygotowawczy?

- Było to za Bogdana Bławackiego w Wiśle Puławy. Biegaliśmy dużo, bez sport testerów. To była stara szkoła trenerska. Najfajniej było za czasów Jacka Magnuszewskiego też w Wiśle.

Dlaczego?

- Wykonywaliśmy dużo pracy w "tlenie", ale z piłkami. Nie biegaliśmy dookoła boiska, a wykonywaliśmy swoją robotę podczas małych gier.

Jako 31-latek czekasz na pierwsze zajęcia po okresie świąteczno-noworocznym?

- Oczywiście. Niektórzy uczestniczą w turniejach halowych, ale ja od tego odszedłem, gdyż mam złe wspomnienia. Wiadomo, że każdy zawodnik czeka na powrót do zajęcia. Zdajemy sobie sprawę, że w pierwszym okresie, czyli w styczniu jest mało piłki podczas treningów, jednak wszyscy musimy wykonać określoną pracę, by później była siła do biegania.

Dla Ciebie i kilku kolegów to niecodzienna sytuacja, bo trenerami są koledzy, z którymi występowaliście w jednym zespole...

- Ale to nas nie zwalnia od ciężkiej pracy na zajęciach. Przyjaźń czy koleżeństwo schodzą na drugi plan. Wiemy, co mamy zrobić i co chcemy osiągnąć. Ciężko trenujemy, bo walczymy o najwyższy cel. Z trenerami Tomaszem Bednarukiem i Rafałem Wiąckiem znamy się od lat, ale w szatni wiemy, co mamy robi. My jesteśmy od kopania piłki, a oni od wydawania rozkazów. Są naszymi szefami. Prywatność pozostaje na inne momenty.

Ile razy powiedziałeś "Wiącu", "Dziki", a nie trenerze?

- Może kilka razy. Szanuję kto kim jest i jego obowiązki. Nie zapominam o tym. Przyjaźnimy się, ale w momencie pracy jesteśmy na linii zawodnik-szkoleniowiec.

Za Tobą pierwsze wyjątkowe święta?

- W poprzednim roku na świat przyszedł synek Aleksander. To były magiczne święta Bożego Narodzenia. Pojawił się nowy członek rodziny i wszystko wraz z moją Kasią podporządkowane jest właśnie jemu. Wiadomo, nie jest łatwo pojechać "tu" i "tam". Trzeba było trochę się nagimnastykować. Z pewnością ten czas zapamiętam do końca życia i jeszcze jeden dzień dłużej (śmiech - przyp. red.).

Aleksander dostał imię po Twoim idolu. Będzie grał w piłkę?

- Chciałbym, ale to nie będzie moja decyzja. Wiem, że będę robił wszystko, żeby biegał i uprawiał sport. Co będzie dalej? Zobaczymy. Alessandro Del Piero grał w Juventusie Turyn i podobnie będę chciał zrobić z moim Olkiem. Wyszkolimy i za grube miliony trafi na Zachód, a co! (śmiech - przyp. red.).