Śpiewanie było taką potrzebą codzienności. To było moje oddychanie, postrzeganie świata, utożsamiałam się z nim, wyrażałam siebie i swoje nastroje złe czy dobre poprzez śpiewanie. Fot. SH.

Oddychałam śpiewaniem - wywiad ze Sławą Przybylską

To już tyle lat, a właściwie ciągle mi się chce śpiewać, nie jestem załamana, że coś się kończy. Wciąż mam zachwyt nad światem, a dopóki jest ten zachwyt, człowiek nie czuje się stary - mówi w wywiadzie dla "Wspólnoty" pochodząca z Międzyrzeca piosenkarka. 



"Wspólnota" miała patronat nad jej koncertem z okazji 60-lecia działalności artystycznej, który miał miejsce 29 maja br. w Międzyrzecu Podlaskim.

- Jak rozpoczęła się Pani przygoda ze śpiewaniem? Kiedy zrozumiała Pani, że to jest właśnie ta ważna rzecz?

- Ponieważ pochodzę z Podlasia, z Międzyrzeca, w naszej krainie wszyscy śpiewali. Śpiewał ojciec, śpiewały siostry. To śpiewanie było potrzebą codzienności, także ja po prostu wyrosłam w śpiewaniu. Jeśli chodzi o profesjonalne śpiewanie, to właściwie takim momentem przełomowym był konkurs, który zorganizował Władysław Szpilman w radio w Warszawie. Zdobyłam pierwsze miejsce. Przedtem występowałam w studenckim teatrze satyrycznym w kabarecie Stodoła. To była naturalna chęć do śpiewania. Skończyłam liceum sztuk plastycznych, potem handel zagraniczny, ale to śpiewanie było taką potrzebą codzienności - to było moje oddychanie, postrzeganie świata, utożsamiałam się z nim, wyrażałam siebie i swoje nastroje złe czy dobre poprzez śpiewanie. Właściwie śpiewałem w kołysce, od przedszkola. Konkurs był jednak najważniejszy. To było już profesjonalne przygotowanie. Ważne okazało się również nagranie do filmu "Pożegnania" i utwór "Pamiętasz, była jesień". Ta piosenka zaistniała od razu, a dla początkujących artystów jest to niedobre - człowiek jeszcze się uczy, a już wchodzi w popularność. Wtedy nie może unieść tego ciężaru - atakuje z każdej strony i nie ma na nic czasu.

- Jak czuje się Pani na scenie, przed publicznością? Czy nadal jest stres?

- To było dla mnie objawienie, atmosfera. To była poezja - wkraczanie w inny świat wyobraźni, stwarzania iluzji. Później zaczęło się tak intensywne życie, nagrania, wyjazdy, podróże po Polsce, za granicę... Stres na scenie zmienia się w coś pozytywnego - w energię. Trzeba umieć się skupić i nie rozpraszać. Trzeba oddać sedno tej piosenki, ale wtedy piosenki miały teksty. To nie była muzyka do tańca, trzeba było utwory interpretować, wejść w nie.

- Dla wielu muzyka jest pewną formą wyrażania siebie...

- Dla prawdziwego artysty jest to najważniejsze, że akceptuje jakąś piosenkę i staje się ona jego własną. Wyraża siebie i to co mnie w tym świecie fascynuje.

- Ostatni album "Mój Okudżawa" spotkał się z ciepłym przyjęciem. Co znajduje Pani w utworach tego artysty?

- Dla mnie Bułat Okudżawa był objawieniem w latach 60., kiedy Agnieszka Osiecka go poznała. Objawienie polegało na tym, że on - w Związku Radzieckim właściwie nieuznawany - miał wszystkie występy w prywatnych domach, przy świecach, a my słuchaliśmy tych amatorskich nagrań na magnetofonie szpulowym. Agnieszka mnie w to wciągnęła. Okudżawa wyrażał w tekstach epokę, komentował ją, a jednocześnie był ponadczasowy. Gdy śpiewam całe koncerty z utworami Okudżawy, ludzie są zachwyceni. To są sprawy śmierci, wojny, dobroci - tam jest wszystko i wyrażone w pięknej formie.

- Jak Pani wspomina Międzyrzec?

- Tam się urodziłam, wychowałam. Tam był dom i to był rajski świat dzieciństwa. To, co najważniejsze, to właściwie moja mama, która była dla mnie wzorem, nigdy nie miała w sobie żadnej agresji - żadnych zakazów i nakazów. Pochodziła z Drelowa, wychowywaliśmy się sami, to były trudne czasy wojny, ale miała takie poczucie piękna. Hodowała kwiaty, a nawet zwierzęta - świnki. To był świat, który odczuwała przez Boga - cała przyroda, całe piękno, to było boskie stworzenie. Ona mówiła nam o tym i to się chłonęło. Szczególnie ja byłam zapatrzona w moją mamę, która okazywała nam życzliwość do świata. Ona nigdy nie uderzyła dziecka, ani nigdy nie powiedziała czegoś obraźliwego wobec kogoś innego - to było przepełnione miłością do ludzi, świata, Boga i do tego, co nas otacza, niezależnie jak ciężkie mieliśmy przeżycia. To właściwie było najważniejsze dla mnie - to, co wyniosłam dzięki mojej mamie.

- W niedzielę odbył się koncert, podsumowujący 60-lecie pracy artystycznej. Jaki był Pani największy sukces podczas całej kariery?

- Nie lubię słowa sukces, ponieważ jestem przeciwko dążeniu do bycia na pierwszym miejscu. Robię to, co kocham i bez względu na to czy mam pieniądze i uznanie - ja tym żyję. Sukces jest teraz dla mnie słowem banalnym. Nie interesuje mnie to w ogóle. Uznaję bardzo ważne sprawy - sukces nagrania do filmu "Pożegnania" czy pracę z Wojtkiem Siemionem w teatrze "Stara Prochownia". Dzięki niemu nauczyłam się mówić wiersz, stałam się w jakimś sensie aktorką. Ponieważ on był znakomitym aktorem, szczególnie jeśli chodzi o poezję, więc te kilka lat współpracy można nazwać sukcesem - dla mnie był to sukces wewnętrzny, nie zewnętrzny, który utożsamiany jest z tymi strasznymi pieniędzmi.

- Pani pokolenie ma inne podejście do pieniędzy...

- Dowiedziałam się, że jedna z artystek otrzymuje za koncert milion złotych. I ona się tym chwali. To dobrze, że dożyliśmy takich czasów, że można płacić artystom duże pieniądze. Nam płacono bardzo małe pieniądze i nikt na sztuce nie dorobił się w latach 60. Chyba, że jedna z aktorek, która od rana do nocy koncertowała, by zbudować dom. Mnie to nie interesowało, dla mnie najważniejsze było wstać rano, zobaczyć jaki piękny dzień, przeczytać wiersz i wiedzieć, że mam znowu zaśpiewać - to była przyjemność. W ogóle do tej pory nie dorobiłam się majątku, żadnych domów - nigdy nie było to moim celem.

- Czuje się Pani artystką spełnioną?

- Na pewno tak, ponieważ tyle lat śpiewam i ciągle są ludzie, którzy chcą mnie słuchać. Ciągle są propozycje występów. Nie jestem zapomniana i odstawiona na bok. Oczywiście to jest w pewnym kręgu, ponieważ ja proponuję poezję i ważne teksty. Jest na to zapotrzebowanie! To już tyle lat, a właściwie ciągle mi się chce śpiewać, nie jestem załamana, że coś się kończy. Wciąż mam zachwyt nad światem, a dopóki jest ten zachwyt, człowiek nie czuje się stary.