Okazuje się, że nie każdy może skorzystać z windy na nowym dworcu..

Uwięziona w windzie

- Więcej już nie wsiądę do windy - zarzeka się mieszkanka Międzyrzeca, która na swoje nieszczęście chciała skorzystać z tego urządzenia na dworcu PKP. Na miejscu nikt nie miał klucza żeby ją uwolnić, pomoc jechała aż z Siedlec, a policjanci chcieli wlepić jej mandat.



Tydzień temu do naszej redakcji przyszła Czytelniczka (prosi o zachowania anonimowości, bo jest osobą rozpoznawalną w mieście, byłą nauczycielką) z historią, w którą trudno uwierzyć. W ostatnią niedzielę maja, po południu, zaplanowała podróż z kuzynką pociągiem do Siedlec. Żeby szybciej znaleźć się w pociągu skorzystały z dworcowej windy. Na swoje nieszczęście.

Na nic awaryjne otwieranie

- Robiłyśmy wszystko zgodnie z instrukcją - mówi kobieta. Winda rusza. Zjeżdżają na dół. Gdy kobiety szykują się do wyjścia okazuje się, że drzwi są zablokowane. Nie pomaga szarpanie.

- Spojrzałyśmy na siebie i zrozumiałyśmy, że chyba do pociągu szybciej nie dotrzemy - opowiada. Panie kilka razy naciskają przycisk alarmowy. Ktoś się zgłasza i instruuje: trzeba przekręcić czerwony przycisk do momentu usłyszenia trzasku. Nie pomaga. - Pan powiedział, że zaraz zadzwoni. Nie powiedział gdzie - opowiada kobieta. Po kilku minutach uwięzione kobiety znów używają alarmu i znów słyszą radę, żeby użyć awaryjnego otwierania drzwi. Bez skutku.

- Pan powiedział, że nikt się nie zgłasza w Międzyrzecu, nikogo nie ma - mówi była nauczycielka. Pyta wtedy, gdzie się dodzwoniła. Okazuje się, że do Siedlec. Na dodatek mężczyzna mówi im, że drzwi można otworzyć tylko kluczem, który on przywiezie do Międzyrzeca.

Szanowne panie, będzie mandacik

Kobiety nie zamierzają jednak czekać. Dzwonią na numer stacjonarny międzyrzeckiego komisariatu. Po chwili przyjeżdża patrol. Też nie może otworzyć drzwi. Wszystko trwa już ponad 30 minut. Pociąg do Siedlec, którym miały podróżować kobiety odjechał.

Po chwili jeden z policjantów znika i - jak opowiada "Wspólnocie" międzyrzeczanka - wraca ze śrubokrętem. Krótka próba sił i drzwi ustępują. Kobiety oddychają z ulgą, są wolne. Wtedy jednak zdarza się coś niespodziewanego.

Nie zdążyłam do końca powiedzieć "dziękuję", a pan policjant zapytał, jakim prawem wsiadłyśmy do tej windy. Powiedziałam, że spieszyłyśmy się na pociąg. Odparł, że wypisze nam mandat, za to że jechałyśmy windą dla wózków inwalidzkich

- opowiada była nauczycielka.

Ostatecznie policjanci rezygnują z wypisania mandatu. Kobieta przyznaje, że jest w szoku. Wchodzi jednak na peron po schodach i widzi oznaczenie.

Strzałka, na której jest rysunek człowieka. Jak to nie miałyśmy prawa jechać?

- zastanawia się. I dodaje:

Nie myślałam, żeby o tej sprawie mówić publicznie, ale to powinno być przestrogą dla innych. Co będzie, jak zamknie się tam matka z dzieckiem w wózku?

Kobieta przyznaje, że choruje na cukrzycę, więc nagły stres może źle wpłynąć na jej zdrowie. - Rozumiem, że winda może się zepsuć, ale ktoś powinien być na miejscu, przyjść i ją otworzyć - kończy.

Nie każdy może windą

PKP Polskie Linie Kolejowe zbadała sprawę, ale nie wykryła żadnych nieprawidłowości.

W ponad 90% przypadków takie sytuacje wynikają z niewłaściwego użytkowania platform

- stwierdza Maciej Dutkiewicz, rzecznik prasowy firmy.

Dutkiewicz instruuje:

Osoby korzystające z wind muszą przez cały czas "jazdy" trzymać wciśnięty przycisk. Platformy zaopatrzone są w system fotokomórki, umieszczony tuż nad podłogą. Jeżeli fotokomórka zostanie zasłonięta, a często zdarza się, że podróżni zasłaniają jej pas swoim bagażem, platforma zatrzyma się. Te dwa zabezpieczenia są związane z bezpieczeństwem osób niepełnosprawnych. Ponadto, w kabinie zamontowany jest przycisk, którego wciśnięcie powoduje wyłączenie urządzenia.

Rzecznik przyznaje również, że nie każdy może korzystać z windy. W Międzyrzecu zamontowano bowiem platformy hydrauliczne, które przystosowane są do mniejszego obciążenia ruchem.

Powinny z niej korzystać tylko osoby niepełnosprawne (na każdej platformie hydraulicznej znajduje się taka informacja). Dopuszczamy jednak przypadki użycia wind przez osoby z ciężkim bagażem, bądź przez rodziców z wózkami

- informuje.

A co z osobą z Siedlec, która musi jechać ponad 40 kilometrów, żeby w przypadku awarii uruchomić winę? Tu PKP dostrzega problem i zapowiada zmiany.

Konserwacją platform zajmuje się Zakład Elektromechaniki Dźwigowej z siedzibą w Siedlcach. W przypadku awarii pracownik firmy musi dojechać czy to do Międzyrzeca Podlaskiego, czy też do Łukowa. Podjęliśmy już rozmowy z ZED na temat usprawnienia takich interwencji

- wyjaśnia Dutkiewicz.