Kalita: Jarka Niezgodę traktujemy jak członka rodziny

Jest wychowankiem Opolanina Opole Lubelskie, a od trzech sezonów występuje w trzecioligowych Orlętach Radzyń Podlaski. Jest przyjacielem Jarosława Niezgody - lidera klasyfikacji strzelców Ekstraklasy w barwach Legii Warszawa. Poznajcie Karola Kalitę.



ROZMOWA Z Karolem Kalitą, wychowankiem Opolanina Opole Lubelskie i byłym graczem Wisły Puławy
Jarka Niezgodę traktujemy jak członka rodziny 

 

Obecnie dzieci trenują na Orlikach lub wypielęgnowanych murawach. Jak to było za twoich czasów?

- W moim przypadku był kawałek murawy pod blokiem. Graliśmy pomiędzy drzewami i placami zabaw. Działo się to przy ul. Przemysłowej w Opolu Lubelskim.

 

Tak jak ja spędzałeś dzieciństwo głównie na dworze?

- Oczywiście. Mam to szczęście, że wychowywałem się jeszcze przed erą komputerów, laptopów, gier telewizyjnych. Przed blokiem można było spotkać niemal wszystkich młodych mieszkańców okolicy, zaczynając ode mnie, czyli od sześciolatka, aż do młodzieży w wieku 18 lat. Bawiliśmy się razem i razem graliśmy w piłkę.

 

Odnajdowałeś się wśród starszych?

- Od małego miałem smykałkę do piłki i jako młodszy byłem brany do drużyn ze starszymi. Szybko przekonałem swoimi umiejętnościami chłopców mających więcej lat, chociaż na początku przyglądałem się ich poczynaniom, oczywiście z piłką pod pachą lub przy nodze.

 

Pamiętasz pierwsze sukcesy?

- To było w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Po lekcji wychowania fizycznego zaproszono mnie do udziału w turnieju z dwa lata starszymi chłopcami. Zajęliśmy drugie miejsce, a ja zostałem królem strzelców. Zawodom przyglądały się osoby związane z Opolaninem Opole Lubelskie i otrzymałem propozycję treningów w klubie, oczywiście ze starszymi, gdyż mojego rocznika, czyli 1995 jeszcze nie było.

 

Bardzo szybko zostałeś wypatrzony przez silniejszych...

- W Opolaninie grałem do końca szkoły podstawowej. Niedługo wcześniej Bernard Bojek - znakomity wychowawca młodzieży, zabrał mnie i Jarosława Niezgodę na turniej. Pojechaliśmy do Puław. Graliśmy niezłe zawody. Ponownie miałem to szczęście, że spotkania widzieli przedstawiciele Wisły Puławy i otrzymałem propozycję przenosin. Podobnie było z Jarkiem.

 

Miałeś wątpliwości przed przenosinami?

- Nie zastanawiałem się "czy pojadę", a bardziej "gdzie". Wówczas były początki kadry województwa. Obserwował mnie Górnik Łęczna, jednak Wisła była konkretniejsza. W moim domu pojawił się trener puławian Mirosław Banaszek wraz z kierownikiem zespołu Stanisławem Szczotką i prezesem Andrzejem Śliwą. Porozmawiali z rodzicami, a ja podjąłem decyzję w ciągu minuty.

 

Z perspektywy czasu uważasz, że dobrze zrobiłeś?

- Oczywiście. Puławy to piękne miasto. Na Lubelszczyźnie nie ma lepszego miejsca do rozwoju. Miałem 13 lat, gdy zmieniłem miejsce zamieszkania. Puławy nie są zbyt wielkie, na szczęście nie było wielkich pokus. Skupialiśmy się na treningach na przepięknych obiektach i jak najlepszej grze.

 

Miałeś to szczęście, że trafiłeś do bardzo silnego zespołu...

- Dokładnie. Zdobyliśmy mistrzostwo województwa i walczyliśmy w mistrzostwach Polski z Lechią Gdańsk. Wywalczyliśmy awans do Centralnej Ligi Juniorów, czyli najsilniejszej stawki ekip w kraju. Pojechaliśmy na nieoficjalne mistrzostwa kraju organizowane przez firmę Nike. Zmierzyliśmy w gronie 16 mistrzów województw. Graliśmy przez trzy dni i na obiektach SMS-u Łódź zajęliśmy piąte miejsce, a byliśmy grupą złożoną z chłopców z Puław i najbliższej okolicy.

 

A później był czas na seniorów Wisły...

- Zostałem dobrze przyjęty przez starszych. Wchodziłem do poważnej piłki wraz z kilkoma rówieśnikami i było nam dużo łatwiej. Nie mieliśmy taryfy ulgowej. Starałem się uczyć jak najwięcej od bardziej doświadczonych. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że mogłem osiągnąć jeszcze więcej.

 

Po kilku występach w drugoligowej Wiśle zostałeś wypożyczony do Lublinianki Lublin...

- Pomysł klubu ze stolicy województwa okazał się strzałem w "dziesiątkę". W Wiśle grałem bardzo mało. Uzbierało się bodaj 91 minut w siedmiu spotkaniach. Mając 20 lat, musiałem jak najczęściej wybiegać na boisko, a nie przesiadywać na ławce rezerwowych. Zaryzykowałem i przeniosłem się do trzecioligowej Lublinianki. Szło mi świetnie. Zagrałem 16 meczów, strzeliłem osiem bramek. Miałem być wypożyczony na rok, a zostało skrócone po jednej rundzie. Wróciłem do Puław. Chciałem z Wisłą powalczyć o awans na zaplecze Ekstraklasy, co się nam finalnie udało. Wówczas odszedł Jarek Niezgoda i miałem nadzieję, że jako młodzieżowiec będę dostawał więcej szans. Tak było. Grałem sporo, bo prawie 600 minut w rundzie. Cieszyliśmy się z awansu do pierwszej ligi, jednak nie było mi dane posmakować pierwszoligowych boisk.

 

Pozostał niedosyt...

- Spodziewałem się trochę więcej. Strzeliłem tylko dwa gole. Miałem ochotę i nadzieję na pięć lub sześć trafień. Jak na skrzydłowego byłby to dobry wynik. Być może moje piłkarskie życie potoczyłoby się trochę inaczej.

 

Pamiętasz taką datę jak 19 marca 2016 roku?

- Doskonale. Po powrocie do Wisły zaliczyłem pierwszy mecz w wyjściowym składzie. Wygraliśmy 4:1 ze Stalą Stalowa Wola, a ja zdobyłem dwie pierwsze bramki. Będąc w rodzinnym domu, chcąc nie chcąc patrzę na zdjęcie z tego spotkania i uchwycony moment zdobycia gola.

 

To spotkanie oglądali twoi rodzice...

- Oczywiście moja Ania i Sławek często gościli na trybunach Wisły i tego dnia byli również ze mną. Pamiętam również zdjęcie, które nam zrobiłeś i zamieniłeś kilka zdań z rodzicami.

 

Później grałeś pół roku w Avii Świdnik...

- Dostałem sygnał, że mogę wrócić do Wisły i powalczyć o grę w pierwszej lidze. Zimą nie zastanawiałem się i wypożyczenie zostało skrócone. Przepracowałem cały okres przygotowawczy bardzo solidnie, ale tuż przed startem rewanżów okazało się, że nie będzie dla mnie miejsca w puławskiej ekipie.

 

No i przeniosłeś się do Orląt Radzyń Podlaski...

- Gdzie zaliczyłem już pełne trzy sezony.

 

Długo...

- Przewartościowałem swoje "za" i "przeciw". Łączę grę ze studiowaniem na Akademii Wychowania Fizycznego w Białej Podlaskiej.

 

Obecnie Orlęta są zagrożone spadkiem do czwartej ligi...

- Ciężko coś powiedzieć na ten temat. Stylem gry nie zasługiwaliśmy na to, by być na dole tabeli. Mieliśmy ogromnego pecha. Może inaczej - nie dopisywało nam szczęście.

Wiosną nie pozostanie nam nic innego, jak wydostać się ze strefy spadkowej. Przyszedł nowy trener, którym został Artur Bożyk. Może pod jego wodzą będziemy regularnie gromadzić punkty. Oby. Mogę zagwarantować, że się utrzymamy.

 

Masz marzenia związane z piłką nożną?

- Karol Kalita nie przestał jeszcze marzyć. Jeśli by to zrobił, nie grałby w piłkę w tej chwili. Mam 25 lat. Miałem fajną propozycję po tamtym sezonie. Nie skorzystałem. Postawiłem na szkołę. Edukację kończę w czerwcu i mam plany, by spróbować szczęścia w wyższej klasie rozgrywkowej. Mówi się o transferze Jarka Niezgody. Zrobi się wolne miejsce, więc może tam wskoczę (śmiech - przyp. red.).

 

Kiedy poznałeś Jarka, obecną gwiazdę Ekstraklasy?

- W czasach występów w Opolaninie. Grałem z chłopcami o dwa lata starszymi, a chwilę później występowałem w swoim roczniku. Wówczas występowaliśmy razem w ataku.

 

Byliście postrachem?

- Nie tylko powiatu, ale całego województwa. Nie mam statystyk, ale podejrzewam, że nie było drugiej tak bramkostrzelnej pary.

 

Kto częściej trafiał do siatki przeciwników?

- Gdzie jechaliśmy na mecz czy turniej, prześcigaliśmy się w strzelaniu goli. Jak Jarek był królem strzelców, to ja najlepszym graczem zawodów i na odwrót, ale niech będzie, "Jarunia" był lepszy o te pół trafienia.

 

Czyli Niezgoda od zawsze miał smykałkę do strzelania goli?

- Oczywiście. Jak miał piłkę na prawej nodze, ładował "do sieci". Jak na lewej, nie kombinował, nie przekładał i ładował do "wora". To mu pozostało do dzisiaj. Jego największym plusem jest to, że ma tę "czutę". Wie, gdzie spadnie piłka. Futbolówka go szuka, a on umie zrobić z tego użytek.

 

Sądziłeś, że zrobi taką karierę?

- Oczywiście, ale również liczyłem, że moja potoczy się trochę inaczej, lepiej. Jarek od zawsze miał predyspozycje, żeby być dobrym piłkarzem. Kiedyś nasz trener, śp. Waldemar Wojciechowski, powiedział, że największą karierę wróży Jarkowi i czeka go FC Barcelona. Patrząc na obecny stan rzeczy, to może się ziścić. Mimo wszystko żaden z jego kolegów nie sądził, że kariera Niezgody eksploduje aż tak.

 

 

Ostatni news mówi, że Niezgoda lada dzień może przenieść się do MLS, czyli do rozgrywek prowadzonych w Stanach Zjednoczonych i grać w Portland Timbers.

- Z pewnością byłby to awans, gdyż przeniósłby się do lepszej ligi niż nasza rodzima. Cała liga ma wiele gwiazd, które niegdyś lśniły w Europie czy na świecie. Jeśli podejmie decyzję o przenosinach, będę się cieszył jego szczęściem i z pewnością wsiądę w samolot i pojawię się u niego za wielką wodą.

 

 

Czyli do dzisiaj macie kontakt?

- Oczywiście. Widzimy się i rozmawiamy często. On jest w Warszawie, a ja w Białej Podlaskiej. Jeśli mam tylko możliwość, wsiadam w auto i jestem w stolicy na jego meczu, a później spotykamy się przykładowo na kolacji. W te święta przyjechał do mnie do Opola. Jest co roku. Traktujemy go jako członka rodziny, bo prawdę mówiąc, mieszkałem z nim dłużej niż z siostrami (śmiech - przyp. red.).

 

Czyli masz kolegę - gwiazdę?

- Kolegę, przyjaciela, ale nie gwiazdę. Z ręką na sercu - to gość, który nic się nie zmienił. Jest taki sam, jak go poznałem. On nie ma układu nerwowego. Wszystko przyjmuje ze spokojem. U nie go nie ma "podpałki" czy "sodówki". On wie, że jeszcze nic wielkiego nie osiągnął, a chce dużo więcej. Konsekwentnie idzie w swoją stronę. Krytykę przyjmuje, ale się nią nie przejmuje. Pochwały po nim schodzą jak plamy po deszczu.

 

Wróćmy do czasów Puław. Wraz z Jarkiem zostaliście rzuceni na głęboką wodę...

- Mało kto wyjeżdża z rodzinnego domu w wieku 13 lat i musi mieszkać w internacie. Musieliśmy sobie radzić.

 

Ktoś pomagał z puławian?

- Warto i trzeba wspomnieć o Stanisławie Szczotce, czyli tacie Konrada, naszego kolegi z drużyny. Był naszym ojcem chrzestnym. To człowiek, który opiekował się nami, jak tylko mógł. Jeżeli mieliśmy problem, mogliśmy do niego przyjść czy zadzwonić o każdej porze dnia i nocy. Przyjeżdżał po nas i zabierał do domu przed wyjazdem na mecze czy turnieje. Robił nam śniadanie. Jeżeli trzeba było, kupował niezbędne rzeczy. Na łamach Wspólnoty chciałbym mu jeszcze raz podziękować. Jarek z pewnością zrobiłby to samo. Bez niego drużyna i poszczególni chłopcy nie byliby w tym miejscu, w którym są obecnie. Wielu chłopców zawdzięcza mu bardzo dużo.

 

Później przeprowadziłeś się do mieszkania, które zapewniła Wisła Puławy...

- Po maturze klub dał nam lokum. Mieszkałem z Jarkiem. Było w kiepskim stanie, ale pan Stasio Szczotka jest złotą rączką i załatwiał różne przedmioty, reperował stare.

 

A Twoi rodzice odwdzięczali się produktami z wioski...

- Dokładnie. Mieliśmy kury i jajka. Otrzymywałem paczkę i ją przekazywałem.

 

Jedna była szczególna...

- (śmiech - przyp. red.) Zabrałem ją i przekazałem Konradowi Szczotce. Schował do torby i po meczu zapomniał o niej. Rzucił ją i poszedł. Po dwóch czy trzech dniach w domu czuć było coś nieświeżego.

 

Co tam było?

- Wiozłem z Opola do Puław prawdziwego, ale już zabitego i wypatroszonego koguta (śmiech przyp. red.).