Zacharczuk: W dzieciństwie grałem na syntezatorze

KILKADZIESIĄT "SZYBKICH" Z Łukaszem Zacharczukiem, zawodnikiem Victorii Parczew



Łukasz, kim chciałeś zostać w dzieciństwie?

- Jak większość chłopców w dzieciństwie marzyłem o byciu policjantem lub strażakiem. Momentem przełomowym był awans naszej reprezentacji do Mistrzostw Świata w 2002 roku. W marzeniach widziałem siebie jako piłkarz.

 

Jak to się stało, że zostałeś piłkarzem?

- W moim przypadku ciężko mówić o byciu piłkarzem. Jak to kiedyś jeden z kolegów powiedział jednemu ze szkoleniowców: trenerze, piłkarze to grają w Ekstraklasie, ja to co najwyżej jestem kopaczem (śmiech - przyp. red.). A co do moich początków to pamiętam, że dopiero w wieku sześciu lat zacząłem interesować się piłką. Do tego czasu nie nawidziłem oglądać meczów. Wystarczyło, że tata włączył mecz, a ja oglądałem tylko do momentu hymnów. Później już mnie to nie interesowało. Gdy miałem sześć lat wylądowałem w szpitalu na operacji. Gdy wróciłem do domu jakby coś się we mnie przestawiło, bo piłka stała się pierwszą pasją. Jak to możliwe do dziś, nie wiem (śmiech - przyp. red.), jednak jestem bardzo szczęśliwy, bo nie wyobrażam sobie życia bez piłki.

 

Ulubiony piłkarz w dzieciństwie?

- Pierwszy piłkarz, którego grę do dziś wspominam i lubię odpalić YouTuba, by obejrzeć jego interwencje to Jerzy Dudek. Pierwsze kroki w drużynach młodzieżowych Victorii w moim wykonaniu to pozycja bramkarza. Na drugim miejscu był Artur Boruc i pamiętne szczególnie Euro 2008 oraz mecze LM w barwach Celticu Glasgow. Z zagranicznych zawodników wzorem był Raul i w koszulce z nr 7 w barwach Realu grałem najczęściej na lekcjach wychowania fizycznego. Gdybym dziś miał wybrać ulubionego zawodnika to Jakub Błaszczykowski. Jego gra szczególnie w czasach Borussii Dortmund była kapitalna, a do tego jest nie tylko świetnym piłkarzem, ale wielkim człowiekiem.

 

Ulubiony trener poza Andrzejem Kopińskim?

- Od każdego trenera pod okiem którego dane mi było trenować, coś dobrego zapamiętałem i każdego wspominam bardzo dobrze. Nie mogę powiedzieć, że mam ulubionego. Na pewno jak każdy pamiętam swojego pierwszego trenera, którym był Michał Ignatiuk, który także wprowadzał mnie do drużyny seniorów. Również na długo zapamiętam treningi z Tomaszem Bieleckim w sekcji na UMCS, a szczególnie okres treningów zimowy. Myślę, że na takim poziomie jak mam przyjemność trenować obecnie u trenera Kopińskiego nigdy nie ćwiczyłem.

 

Ulubiony klub?

- Poza Victorią są dwa. Pierwszy to Legia Warszawa, a drugi to Real Madryt.

 

Drużyna, w której chciałbyś zagrać?

- Fajnie byłoby zagrać w Legii, ale to tylko marzenia. Jestem bardzo szczęśliwy, że mogę grać w Victorii. Pomimo, że to jak na razie tylko "Serie A" to jest to klub, który szkoleniowo, organizacyjnie i infrastrukturalnie jest na wysokim poziomie i cieszę się, że tu jestem.   

 

Klub, w którym nigdy byś nie zagrał?

- Kiedyś już napisałem w odpowiedzi na jeden z komentarzy kolegi, Łukasza "Diabła" Dąbrowskiego - do Milanowa nigdy.

 

Najlepszy piłkarz przeciw któremu zagrałeś?

- Sławomir Nazaruk. Co prawda nie był to ani mecz ligowy ani sparing, zwykła gierka, ale było widać różnicę między nim a pozostałymi, którzy przyszli pograć. Dogonić się go nie dało. Przypomnę, że jest wychowankiem Victorii Parczew, a w swoim CV ma grę w: Górniku Łęczna, Śląsku Wrocław, Wiśle Płock czy Widzewie Łódź.

 

Najlepszy piłkarz w Ekstraklasie?

- Wyróżniłbym trzech legionistów. Na początku sezonu wrażenie robił na mnie Paweł Wszołek. Był bardzo konkretny. Strzelał bramki i asystował. Do tego na tle pozostałych zawodników wyróżniał się Luquinhas. Trzecim, który bez kompleksów wszedł do Ekstraklasy jest Michał Karbownik, który robi świetną robotę szczególnie w grze ofensywnej.

 

Najlepszy piłkarz Victorii Parczew?

- Podobnie jak w przypadku poprzedniego pytania, tak i tu wymienię trzech zawodników: Albert Chomiuk, Piotrek Krzewski i Kacper Walicki.   

 

Piłkarz Victorii, który może zrobić największa karierę?

- Myślę, że jest nim Albert Chomiuk. Pamięta go jeszcze za czasów gry w juniorach u trenera Czarka Główki. Był najmniejszy, w koszulce się topił, a z rywalami robił co chciał. Teraz wyrósł, a jeszcze poprawił umiejętności.

 

Którzy piłkarze trzymają szatnię Victorii?

- W szatni Victorii jest świetna atmosfera. Ciężko wymienić konkretnych zawodników odpowiedzialnych za atmosferę, bo jest ich wielu. Mamy fajną grupę, mieszankę młodzieży i starszych zawodników i do pełni szczęścia brakuje tylko awansu.  

 

Największy żartowniś w drużynie?

- Zdecydowanie Michał Hulajko. Gdy jest Michał zawsze jest wesoło.

 

Największy imprezowicz?

- Myślę, że na wyróżnienie zasługuje Kuba Bancerz. Znalazłoby się jeszcze kilku innych kandydatów, jednak stawiam na Kubę (śmiech - przyp. red.).

 

Największy modniś?

- Ciężko wybrać tego największego. Myślę, że większość z chłopaków po wyjściu z szatni stara się dobrze wyglądać.

 

Największy nerwus?

- Nie będę wymieniał ponieważ, to zależy od sytuacji, meczu. Nie ma takiego, który wiódłby prym w tej kwestii.

 

Największy pantofel?

- Nie ma u nas takich.   

 

Największy fighter?

- Krzysiek Bodziak. Nie popuści, gdy ktoś zajdzie mu za skórę. Cieszę się, że gram z nim w jednej drużynie, a nie przeciwko (śmiech - przyp. red.). Jest jeszcze jeden "zawodnik nie do zdarcia" – Adrian Kozłowski. Myślę, że każdy kto zna "Koziołka" wie, że nigdy nie odpuści.

 

Którego z zawodników chciałbyś zobaczyć w "Turbokozaku"?

- Uważam, że "Chomik" wykręciłby niezły wynik.

 

Najbardziej pamiętna impreza z kolegami z drużyny?

- Taka zdecydowanie przed nami, gdy wywalczymy upragniony awans. A Victoria umie się bawić...

 

Jesteś zwolennikiem czy przeciwnikiem pirotechniki na stadionach?

- Zdecydowanie jestem zwolennikiem, ale takiej, która jest bezpieczna. Fajnie, gdy kibice zadbają o oprawę spotkania i wspierają swój zespół. Najgorzej, gdy materiały pirotechniczne są wykorzystywane do "walki" na trybunach.  

 

Co Cię denerwuje w działaczach Victorii?

- Nic mnie nie denerwuje. Działacze Victorii na czele z panią prezes Agnieszką Przekorą wykonują świetną pracę na rzecz klubu, a nam zawodnikom pozostało tylko odwdzięczyć się dobrą grą na boisku i awansem.

 

Wymarzone miejsce na wczasy?  

- Pamiętam wycieczkę do Włoch sprzed kilkunastu laty. Fajnie byłoby pojechać tam jeszcze raz. Najważniejsze jednak, by udać się z odpowiednimi osobami.

 

Najpiękniejsze miejsce, w którym byłeś?

- San Marino. Bardzo małe, ale niezwykle malownicze państwo.

 

Ulubiona muzyka?

- Zależy od nastroju i tego co wpadnie w ucho. Preferuje polskich wykonawców. Ostatnio przy bieganiu lubię posłuchać Taco Hemingwaya, a wśród spotkań ze znajomymi często bawimy się przy disco polo.

 

Jak sobie radzisz w kuchni?

- Chyba nie najgorzej. W ostatnim roku nieco poprawiłem swoje umiejętności i raczej z głodu nie zginę (śmiech - przyp. red.).

 

Popisowe danie?

- Najczęściej spaghetti i jajecznica, jednak gdy wena najdzie to i gulasz węgierski się uda (śmiech - przyp. red.).

 

Ostatnio przeczytana książka?

- Ostatnio przeczytałem książkę Cezarego Pazury "Byłbym zapomniał", a obecnie czytam "Dekalog Nawałki" Marcina Feddka. Bardzo ciekawą książką jaką kiedyś czytałem i każdemu polecam w szczególności mieszkańcom Parczewa to "Pogrom czy odwet?" Mariusza Bechty, opowiadająca o historii Parczewa w latach 40. XX wieku.

 

Szczególny prezent pod choinką?

- Kiedyś dostałem pierwsze oryginalne buty na halę. Było to obuwie firmy Nike, granatowe z seledynowym znaczkiem. Najśmieszniejsze, że Mikołaj się spóźnił i przyszły tydzień po Gwiazdce. Poszedłem w nich na pierwszy halowy trening w nowym roku, gdzie na gierce jeden z kolegów nadepnął na but i skaza na seledynowym znaczku została na zawsze (śmiech - przyp. red.).

 

Czym zajmujesz się prywatnie?

- Obecnie pracuję jako przedstawiciel handlowy.

 

Gdyby nie piłka nożna?

- W wieku ośmiu lat rozpocząłem naukę gry na syntezatorze, jednak po czterech latach godzenia treningów z nauką gry musiałem się na coś zdecydować, bo brakowało czasu na pogodzenie lekcji gry z treningami. Wybrałem piłkę i nie wyobrażam sobie życia bez niej.

 

Bilet na mecz życia czy bilet w kosmos?

- Bilet na mecz życia.

 

Górskie spacery czy morze?

- Jedno i drugie bardzo chętnie, ale jak muszę wybrać to góry.  

 

Na ryby czy na grzyby?

- Zdecydowanie na plażę. Nie jestem amatorem ani ryb ani grzybów.

 

Wieś czy miasto?

- Zdecydowanie wybieram miasto, jednak lubię też wybrać się na wieś i pooddychać świeżym powietrzem.

 

Samotnie czy w tłumie?

- W tłumie, a najchętniej w gronie znajomych.  

 

Trzy rzeczy, które weźmiesz na bezludną wyspę?

- Wybrałbym dwie rzeczy: piłkę i dobrą książkę, a zamiast trzeciej rzeczy wolałbym wziąć człowieka, aby było się do kogo odezwać.

 

Filharmonia czy festyn?

- Festyn.

 

Dres czy kołnierzyk?

- Dresik i kołnierzyk, zależy od sytuacji. Gdy trzeba się ładnie ubrać lubię wskoczyć w kołnierzyk.   

 

Ulubiona potrawa serwowana przez mamę?

- Gołąbki.

 

Czego nie wziąłbyś do ust?

- Pomidorów.

 

Piwo czy whisky?

- Piwo.

 

Nie potrafię żyć bez...

- Boga, rodziny, znajomych i oczywiście piłki, bo jak mówię znajomym, piłka to takie moje uzależnienie.   

 

Wam pierwszym to powiem?

- Za kilka lat widok Victorii w IV lidze nie będzie nikogo dziwił.

 

Miejsce urodzenia?

- Parczew.

 

Numer buta?

- 42 2/3.

 

Samochód?

- Volkswagen Bora.

 

Żona/dziewczyna/dzieci?

- Jeszcze wolny kawaler. Dziewczyny obecnie nie mam. Żona i dzieci w przyszłości? Zdecydowanie tak.

 

Wykształcenie?

- Wyższe.

 

Hobby?

- Piłka nożna i nie tylko chodzi o grę, ale również funkcjonowanie klubów oraz pracę trenerów w Polsce. Do tego dodam motoryzację, książki szczególnie te sportowe, siatkówka plażowa.

 

Ksywa?

- Gdy grałem w Dębie Dębowa Kłoda często spotykałem się z ksywką "Zacharenko", szczególnie z ust prezesa Andrzeja Daszczyka było to miłe. Zazwyczaj jednak po prostu Łukasz lub "Łuki". Najbardziej lubię, gdy ludzie mówią do mnie po imieniu.