Parczewska policja szuka zabójcy psa

Bruno, siedmiomiesięczny labrador, został postrzelony z wiatrówki z bliskiej odległości. Uszkodzenie jelit i zakażenie spowodowały śmierć psa.



- W niedzielę po południu z Brunem zaczęło się dziać coś niepokojącego. Pies zaczął wymiotować – opowiada Marta Suchodolska, właścicielka postrzelonego labradora. - W poniedziałek w dzień pies zachowywał się w miarę normalnie, a wieczorem znowu zaczął wymiotować. Dlatego we wtorek rano zaprowadziłam go do przychodni weterynaryjnej – mówi kobieta. - Po badaniu pani Magdalena Szczęśniak, lekarz weterynarii, powiedziała, że konieczne będzie prześwietlenie, więc pojechaliśmy do Kąkolewnicy. Tam okazało się, że pies został postrzelony, a w jego jamie brzusznej jest śrut - dodaje Marta Suchodolska. Kobieta opowiada, że w tej sytuacji konieczna była natychmiastowa operacja. - Wieczorem była operacja, a rano Bruno umarł – mówi ze smutkiem pani Marta.

Prześwietlenie pokazało śrut w brzuchu

- Nikt z nas nie podejrzewał, że Bruno został postrzelony. Na jego ciele ani posłaniu nie było śladów krwi. W nocy wskakiwał na moje łóżko i na mojej pościeli też nie było żadnych śladów – opowiada właścicielka psa. - Pies też nie zachowywał się, jakby był postrzelony, poza wymiotami i takim zachowaniem jakby bolał go brzuch. Nie skomlał, nie skowyczał, chociaż w jego brzuchu rozwijało się zakażenie. Dopiero po prześwietleniu, kiedy okazało się, że ma w brzuchu śrut, lekarz znalazł w jego boku mały otwór – dodaje pani Marta.

Nikt się na niego nie skarżył

- Bruno był z nami od czerwca. Miał teraz siedem miesięcy. Mieszkał ze mną i z synem. Spał z nami, jadł z nami, był domownikiem – wspomina ze smutkiem pani Marta.

Pies wychodził z mieszkania z kimś z domowników. Bardzo rzadko zdarzało się, że był na podwórku sam. Wtedy też nie pozostawał bez nadzoru dłużej niż 10 – 15 minut.

- Bruno wychodził z domu ze mną albo z synem. Na podwórku jest jeszcze pies sąsiada. Czasem oba psy się bawiły. Nigdy nikt nie skarżył się, że Bruno zrobił coś złego i żebym go jakoś bardziej pilnowała. Gdyby ktoś nam zwracał uwagę, to na pewno byśmy się do tego zastosowali. – opowiada Marta Suchodolska.

Bruno był naszą radością 

- Z psem byliśmy bardzo zżyci. Rano wychodziłam z nim na krótki spacer, a później - kiedy piłam kawę i przygotowywałam się do wyjścia do pracy - nie odstępował mnie na krok. Był naszą radością i oczkiem w głowie. Bardzo za nim tęsknię – mówi pani Marta. - Nie mogę sobie nawet wyobrazić jakim trzeba być nikczemnym, podłym i pozbawionym wszelkich uczuć człowiekiem, żeby skrzywdzić takie niewinne i ufające ludziom zwierzę. Taki człowiek, a raczej bestia, nie zasługuje na szacunek. Życzę mu jak najgorzej – dodaje rozgoryczona kobieta.  

Pies miał uszkodzone jelita

Magdalena Szczęśniak, lekarz weterynarii, prowadzi przychodnię dla zwierząt na osiedlu przy ul. Polnej w Parczewie. W rozmowie ze Wspólnotą powiedziała, że strzał musiał paść z bliska, bo gdyby to było postrzelenie przypadkowe z większej odległości, wówczas śrut zatrzymałby się w tkance podskórnej na mięśniach. - Bruno miał uszkodzone jelita w kilku miejscach i doszło do sepsy oraz do zapalenia otrzewnej i niestety nie udało się psa uratować - mówi Magdalena Szczęśniak. Pani doktor apeluje do właścicieli zwierząt, żeby konsultowali z lekarzem weterynarii wszystkie niepokojące objawy pojawiające się u ich pupilów. - Lepiej przyjść i dowiedzieć się, że nic groźnego się nie dzieje, niż przyjść za późno - dodaje  Magdalena Szczęśniak.

Policja wszczęła dochodzenie

Artur Łopacki, oficer prasowy parczewskiej policji powiedział Wspólnocie, że w środę 28 listopada Marta Suchodolska zgłosiła zawiadomienie o tym, że ktoś postrzelił jej psa z wiatrówki, na skutek czego zwierzę zdechło. - Policja wszczęła dochodzenie w tej sprawie, ponieważ jest to przestępstwo ścigane z Ustawy o ochronie zwierząt. Kryminalni wykonują czynności zmierzające do wykrycia sprawcy - powiedział rzecznik prasowy.

Za zabicie zwierzęcia grozi do trzech lat więzienia.