Kucharz, który ma sześć gitar

KILKADZIESIĄT "SZYBKICH" Z Szymonem Stanisławskim, napastnikiem Wisły Puławy



Kim chciałeś zostać w dzieciństwie?

- Piłkarzem. Mój tato Wiesław grał w piłkę i od małego namawiał swoich synów, by poszli w jego ślady. Udało się. Obecnie występuję w Wiśle Puławy, zaś Damian reprezentuje barwy Pilicy Białobrzegi.

 

Jak to się stało, że zostałeś piłkarzem?

- Piłkarzem? To chyba za duże słowo. Obok domu powstał klub Viki Radom. Tata zapisał tam Damiana. Grupę tworzyli chłopcy o dwa lata starsi ode mnie, ale też dołączyłem. Później była przygoda z Beniaminkiem Radom. Co ciekawe, grałem jako obrońca. Ówczesny trener Artur Kupiec powiedział, że chce mnie przestawić do ataku. W pierwszym meczu nic nie strzeliłem, ale w następnym już pięć razy pokonałem bramkarza.

 

Ulubiony piłkarz w dzieciństwie?

- Roberto Carlos z Realu Madryt. Brazylijczyk miał niesamowity strzał. Bardzo mi to imponowało.

 

Ulubiony trener?

- Przeżyłem wielu szkoleniowców, ale chciałbym wspomnieć o czterech. Z Jackiem Magnuszewskim w Radomiaku Radom zrobiliśmy awans do drugiej ligi. To właśnie on ściągnął mnie do Wisły Puławy. W grupach młodzieżowych miałem fajnego szkoleniowca śp. Ryszarda Kozłowskiego. Dobrze wspominam Wernera Ličkę, który prowadził Radomiaka wraz z synem. Marcel od dłuższego czasu prowadzi Dynamo Brześć, z którym wywalczył mistrzostwo Białorusi.

 

Ulubiony klub?

- Z bratem od dziecka kibicowaliśmy Realowi Madryt. Zostało to do dzisiaj. W Polsce oczywiście Radomiak, w którym grałem i dla którego oddałem serce.

 

Klub, w którym chciałbym zagrać?

- Niech będzie Real Madryt B lub Real Madryt C. Obojętnie, oby w barwach "Królewskich".

 

Klub, w którym nigdy bym nie zagrał?

- W ekipie lokalnego rywala, Broni. Nie mógłbym zrobić tego Radomiakowi. Pojawiały się jakieś zapytania, ale zawsze odmawiałem i tak będzie do końca życia.

 

Najlepszy piłkarz, przeciwko któremu grałem?

- Zapewne będą to czasy występów w pierwszoligowym GKS-ie Bełchatów. Roiło się od znanych przeciwników. Mówiłem sobie "ja mam zagrać przeciwko temu i temu". W barwach Wisły nie mogłem nadziwić się umiejętnościom Włodzimierza Putona, który wówczas występował w barwach KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Czekaj! Przecież wystąpiłem w sparingu przeciwko Legii Warszawa i tam musiałem zmagać się z Michałem Pazdanem.

 

Najlepszy piłkarz w Ekstraklasie?

- Mateusz Radecki, z którym miałem okazję grać w zespole z Radomia. Polska piłka mnie nie interesuje. Mateusz to człowiek, który nie miał układu nerwowego. Obecnie występuje w Śląsku Wrocław.

 

Najlepszy piłkarz Wisły Puławy?

- Chyba każdy zgodzi się ze mną, że jest nim Krystian Puton. Chłopak zasługuje na granie na jeszcze wyższym poziomie.

 

Piłkarzy Wisły, który może zrobić największą karierę?

- Przemysław Skałecki. Ma 19 lat i niesamowite serce do walki. Jego odbiór jest imponujący. Widziałem piłkarzy, którzy bali się podostrzyć. "Skała" nie kalkuluje. Wyszedłby na boisko nawet z kontuzją, oby tylko zagrać mecz.

 

Piłkarze Wisły, którzy trzymają szatnię?

- Najstarsi z grona naszej młodzieży, czyli Mateusz Pielach i Paweł Socha. Pierwszy jest kapitanem zespołu, a Paweł to doświadczony bramkarz. Jako pierwsi zabierają głos, szczególnie w trudnych momentach.

 

Największy żartowniś?

- Większość kolegów powiedziałaby, że to właśnie ja. Są z nami również: Maciek Wojczuk i Rafał Kiczuk, też dobre ancymonki. Potrafią dołożyć dwa grosze do naszej atmosfery w szatni.

 

Największy imprezowicz?

- Powiem tak, jeśli mamy niedzielny trening to wszyscy na nim są obecni.

 

Największy modniś?

- Dużo czasu przed lustrem lubi spędzić Krystian Puton. Stylówka, jeansy, koszula, ładnie ułożone włoski. Powiem szczerze, że nie przywiązuję wagi do wyglądu.

 

Największy pantofel?

- No chyba ja (śmiech - przyp. red.). Jestem ze swoją dziewczyną od roku, ale nikt z drużyny nie biegnie do domu, bo woła kobieta czy żona. Nikt się nie wyłamuje. Muszę wskazać na siebie, bo gdybym powiedział nazwisko innego gracza, to by się na mnie obraził.

 

Największy fighter?

- Nie mamy jednego. Gdy coś się dzieje na boisku, wszyscy idą za kolegą, jednocześnie odciągamy tych, którzy mają już żółtą kartkę. Poza boiskiem? Nie widziałem, żeby któryś z nas się tłukł z rywalem.

 

Którego zawodnika chciałbyś zobaczyć w "Turbokozaku"?

- Mateusza Pielacha i Pawła Sochę. Nikt nie jest w stanie pokonać ich w siatkonogę.

 

Pamiętna impreza z kolegami z drużyny?

- Oczywiście tak, po awansie do drugiej ligi z Radomiakiem. Impreza trwała do rana. Następnego dnia mieliśmy uroczystości w klubie. Była dobra impreza, ale nie było alkoholu (śmiech - przyp. red.).

 

Jestem przeciwnikiem czy zwolennikiem pirotechniki?

- Zwolennikiem, jeśli jest używana z głową. Nie podoba mi się, gdy kibice wrzucają race na murawę, czy nie daj Boże w fanów rywali.

 

Co denerwuje Cię w działaczach Wisły?

- Nie mogę powiedzieć złego słowa. Wisła jest klubem zarządzającym wzorowo. Jest wręcz przykładem dla wielu, jak prowadzić klub.

 

Wymarzone miejsce na wczasy?

- Do tej pory poruszałem się w obrębie Europy. Wiemy jak jest, ale planowałem polecieć do bardzo odległego kraju. Może jakieś Malediwy, Tajlandia.

 

Najpiękniejsze miejsce, w którym byłem?

- Madera. Przebywałem tam w okresie przedświątecznym. Cała wyspa była oświetlona ozdobami. Niezapomniany widok.

 

Ulubiona muzyka?

- Słucham wszystkiego, ale może postawimy na house.

 

Jak radzisz sobie w kuchni?

- Musiałbyś zapytać się mojej dziewczyny, ale chyba jest dobrze. Jestem po szkole gastronomicznej.

 

Nie wiedziałem...

- Żałuję, że do niej poszedłem. Musiałem chodzić do szkoły o rok dłużej. Doszły przedmioty ścisłe, z którymi radziłem sobie średnio.

 

Twoje popisowe danie...

- Będąc w domu w Puławach to najczęściej jadam makarony. Wystarczy niespełna pół godziny i mam jedzenie. A popisowe? Wydaje mi się, że kaczka nadziewana jabłkami. Przygotowaliśmy ją wspólnie z Krystianem Putonem. Trzymaliśmy ją półtorej godziny w piekarniku, a w trzy minuty znalazła się w naszych żołądkach. Była dobra, ale szybko zniknęła z talerzy.

 

Ostatnio przeczytana książka?

- W "zerówce" Szewczyk Dratewka (śmiech - przyp. red.). Oczywiście żartuję. "Oczami mężczyzny" Rafała Wicijowskiego.

 

Szczególny prezent otrzymany pod choinkę?

- Wszystkie są szczególne, bo urodziny obchodzę w Wigilię. Szczególny? Na 25. urodziny otrzymałem taki wisiorek. Każde z rodzeństwa dostał taki sam, kiedy kończyli ćwierć wieku. Mam również wyjątkowy prezent od dziewczyny, ale nie powiem jaki.

 

Bilet na mecz życia czy bilet w kosmos?

- Wsiadam i lecę. Zawsze interesowałem się kosmosem. Gdy wiedziałem, że jest noc spadających gwiazd, chciałem to zobaczyć. Niestety, zawsze była kiepska widoczność.

 

Górskie spacery czy morze?

- Zimą góry, latem morze.

 

Na ryby czy na grzyby?

- Rybki. Łowię od niedawna. Od kilku lat wyjeżdżałem po sezonie na kilka dni. Już mam wykupiony wyjazd. Z kolegą umówiliśmy się do Pogalewa. Wolałbym dograć na ligę. Jeśli tak by było, wyjazd odwołamy.

 

Samotnie czy w tłumie?

- Raczej w tłumie. Zawsze byłem śmieszkiem, więc lubię ludzi. Jest z kim pożartować.

 

Wieś czy miasto?

- Zdecydowanie wieś. Nie mógłbym mieszkać w Warszawie. Rodzice mają podwórko. Jest cisza i spokój. Obecnie mieszkam w Puławach w bloku. Sąsiedzi nasłuchują, mają pretensje. W przyszłości będę chciał mieć swój dom.

 

Trzy rzeczy, które weźmiesz na bezludną wyspę?

- Wędkę, gitarę i wędkę?

 

Gitarę?

- Od pierwszej technikum sobie brzdękam. Kiedyś byłem na jednej lekcji z klawiszy. Instrument na tamte czasy był bardzo drogi, więc odpuściliśmy. Później tata kupił mi gitarę. Teraz mam ich sześć.

 

Filharmonia czy festyn?

- Filharmonia. Lubię i słucham muzykę klasyczną. Mam program w komputerze, w którym tworzę muzykę.

 

Dres czy kołnierzyk?

- Częściej chodzę na luźno. Kiedy trzeba nakładam koszulę, eleganckie spodnie. Powiem inaczej: elegancki dresik.

 

Ulubiona potrawa serwowana przez mamę?

- Gołąbki i flaczki. Majstersztyk.

 

Czego nie wziąłbyś do ust?

- Owoców morza.

 

Piwo czy whisky?

- "Ruda".

 

Wam pierwszy to powiem...

- Jestem fanem lotnictwa. W Radomiu odbywały się Air Show. Czekałem z niecierpliwością, chociaż moja pierwsza wizyta była strasznym przeżyciem. Poszedłem z rodzeństwem i się zgubiłem. Może inaczej, uciekli, bo zobaczyli balony. Finał był szczęśliwy. Odebrali mnie z punktu rzeczy znalezionych (śmiech - przyp. red.).