Jak Hania Gelertnerówna na Podlasiu dziadka szukała

Jej rodzice cudem przeżyli Holocaust i spotkali się po wojnie na parczewskim dworcu. Potem życie rzuciło ich do Regensburga, Jerozolimy i Nowego Jorku. O tragicznej przeszłości rodziny opowiedzieli córce, kiedy była już poważną panią doktor. Teraz przyjechała do Podedwórza i Wisznic, żeby zobaczyć miejsca, które do tej pory widziała tylko w wyobraźni. To taka zwykła historia.



Może i pisanie per "Hania" o dobiegającej siedemdziesiątki emerytowanej pani doktor z Nowego Jorku jest lekko niestosowne, ale Hannah Gelertner po pierwsze wygląda na naszą równolatkę, po drugie na podlaskich ścieżkach rozgląda się z ciekawością dziewczynki poznającej krainę, którą całe życie sobie wyobrażała, a tu nagle przyszło jej ją zobaczyć.
Więc Hania Gelertner i jej syn przylecieli do Polski, żeby poszukać informacji o swoich przodkach. Za przewodnika wzięli sobie niezłego szpeca, Krystka Malczewskiego, który niejednej żydowskiej rodzinie z Izraela, czy Stanów pomógł znaleźć w Polsce miejsca, dokumenty i opowieści, odkryć i podlać serdecznością korzenie. Hania już raz była w Polsce, ale wtedy była to standardowa wycieczka: Warszawa, Kraków, Oświęcim, autokar, odhaczone pozycje w marszrucie - dla ciekawych prawdziwego świata to na pewno za mało.

Szukając punktu zaczepienia

I tak spotkaliśmy się przy stole w Wisznicach.

Rodzice Hani cokolwiek o wojnie zaczęli jej opowiadać, kiedy wiedzieli, że ich czas już się zbliża. Wcześniej nie chcieli zapewne obciążać córki traumą. Młodość w Polsce była ich własnym światem, który zasadniczo dla dzieci miał pozostać odległym, innym od Hajfy, Berlina czy Brooklynu. Kiedy chcieli powiedzieć sobie szybko coś nieprzeznaczonego dla uszu dzieci, nie wyganiali smarkaterii z pokoju, tylko po prostu przechodzili na polski. Rodzina mamy, Chai Żelazo, wywodziła się z Opola koło Podedwórza. Tata, Izchak Gelertner, urodził się w Wisznicach. Zaczynamy więc od szukania dokumentów w Urzędach Gminy. W Podedwórzu akta się nie zachowały, w Wisznicach są, ale na ich przejrzenie, mimo bardzo życzliwego przyjęcia i chęci pomocy ze strony pani urzędnik, musimy kilka dni zaczekać.

Zmieniając mundury, szukając znajomych

Siadamy więc przy stole i szukamy w pamięci. Google, skojarzenia, stare rejestry, księgi meldunkowe - w świecie Internetu możliwości są zaskakująco duże. Tata Hani, Izchak (po naszemu Icek, biblijnie Izajasz...) we wrześniu 1939 bił się w polskim mundurze, potem po klęsce, inteligentnie uciekł do sowieckiej zony okupacyjnej. Już przed wojną marzył o teatrze, kilka razy pewnie w nim był, więc szczęścia popróbował w Kijowie, gdzie nawet dostał się do szkoły reżyserskiej. Młody Icchak z opowieści Hani to w ogóle ciekawa postać: ponoć przed wojną zwykł wolny czas i święta spędzać, przesiadując w pięknym ogrodzie otaczającym pałac, gdzie na piknikach spotykała się młodzież i polska i żydowska. Przypuszczamy, że chodzi o Romanów (ta nazwa nie jest dla Hani zupełnie obca, coś jakby już ją kiedyś słyszała...) z pałacykiem Kraszewskich i obiecujemy sobie go odwiedzić. Po wybuchu wojny niemiecko -sowieckiej Icek wkłada mundur i bije się z Niemcami. Raczej w powstających oddziałach polskich, bo kiedy ustają działania wojenne, wraca na Podlasie i tutaj zostaje. Wtedy wraca do tego ogrodu, gdzie spotyka takich jak on rozbitków, myślących, że w tej niegdyś Arkadii rozpozna jakąś twarz, będzie do kogo zagadać. Nie rozpoznaje, więc idzie tam, gdzie poszło wielu ocaleńców z Lasów Parczewskich, stodół, bunkrów, grup przetrwania, idącej ze wschodu armii - do Parczewa. Tam, na stacji kolejowej, spotkał Chaję Żelazównę.

Bunkier w lesie

W przedwojennych spisach adresowych przedsiębiorców w Polsce, znajdujemy nazwisko jej krewnych, więc przypuszczalnie byli to ludzie jak na swoje środowisko nie najgorzej sytuowani i dość operatywni. Kiedy zaczęła się Zagłada, rodzina Chai Żelazówny ukrywała się w lesie koło Rozwadówki. W rodzinie zachowała się opowieść o bunkrze, ziemiance w lesie, która została jednak odkryta przez Niemców. Zimą jeden z ukrywających się poszedł po zaopatrzenie do wsi, zostawił ślady na śniegu, ktoś zapewne doniósł, pies tropiący podjął trop. Niemcy do wnętrza wrzucili granaty, ocalała tylko dwójka. Hitlerowcy urządzili sobie zabawę. Kazali ocaleńcom biec, jak dobiegną, będą wolni. I strzelili im w plecy. Mężczyzna upadł, ale obok stał się cud: dziewczyna zniknęła wśród drzew. Z bliska nie trafili, zniknęła im między gałęziami, zapadła się w tym śniegu. To była właśnie Chaja. I do tej pory Hania nie wie, w ilu miejscach ukrywała się jej mama, jak bardzo anioły musiały się natrudzić, żeby Chajka Żelazówna dożyła lata 1944, ale tak się po prostu stało. Przeżyła i na dworcu w Parczewie spotkała Icka Gelertnera.

Pomnik w lesie jak metryka

Próbujemy więc coś pokojarzyć. Przypominam sobie, że jakiś czas temu czytałem o odsłonięciu w tej okolicy jakiegoś pomnika poświęconego Żydom, sprawdzam w wyszukiwarce. Jest, bingo! Las pod Rozwadówką, powiększam zdjęcie i znowu trafienie! Wśród nazwisk zabitych pojawia się Herszek Żelazo! Błyskawicznie ładujemy się do auta i pobłądziwszy chwilę, odnajdujemy ogrodzoną mogiłę i czarny obelisk z napisem po polsku i hebrajsku, z nazwiskami zabitych i datą 14 grudnia 1941. Pasuje, śnieg wtedy leżał. Dobrze, że ktoś go postawił, dobrze, że oprócz rabina Schudricha byli przy tym tutejsi samorządowcy i zacny bp. Cisło z Lublina, tak trzeba i tak należy. Krystek dzwoni do szefa fundacji Pamięć Która Trwa, która postawiła pomnik. W rozmowie dostajemy kolejny trop. Dowiadujemy się, że w Rozwadówce ciągle mieszka pan Józef , urodzony w 1926 roku, który całą tę historię doskonale pamięta. Pytamy pierwszego napotkanego jegomościa o adres. Energicznie koszący ogródek dżentelmen zaświadcza, jakie to było pokolenie: tak, znam, on jest dwa lata starszy ode mnie, ale możecie go nie zastać, bo może wsiadł na motor i gdzieś pojechał. Ale próbujcie, fioletowy dom na rozstajach...

Tu były kiedyś domy i mieszkali w nich Żydzi

Znowu mamy szczęście, pan Józef chyba właśnie wrócił z przejażdżki, bo motor jeszcze ciepławy. Formie fizycznej dorównuje intelektualna: opowiada nam o Herszku, o swoich żydowskich kolegach ze stojącej niegdyś za płotem szkoły. Chętnie wsiada z nami do samochodu i pokazuje miejsce po miejscu, gdzie stał czyj dom, kto jaki miał płot. I gdzie mieszkali Żelazowie. Bez pana Józefa nie byłoby najmniejszej szansy na odnalezienie czegokolwiek, dziś mamy tam po prostu uprawne pole. Hania robi zdjęcia, gdzie stał niegdyś dom człowieka, który najpewniej był starszym bratem albo wujkiem jej mamy.

Za plecami pustka, przed oczami cały inny świat

Chwilę spacerujemy po parku w Romanowie, szukamy ławeczek, na których Icek Gelertner czekał bezskutecznie na znajomych. Tłumaczę Hani, skąd w tej opowieści wziął się dworzec w Parczewie: po zakończeniu działań wojennych był to azyl dla żydowskich ocaleńców, niemalże mała Jerozolima, gdzie mogli czuć się bezpiecznie, nawet stworzyć żydowską milicję i zaczątek samorządu. Po akcji polskiego podziemia, w czasie której miasto zostało zajęte na jeden dzień, a kilku Żydów zabitych (wydaje się jednak, że nie z powodów antysemickich, a z przyczyn politycznych - ofiarami byli milicjanci i współpracownicy komunistów, zdarzenie to nie miało cech typowego pogromu), społeczność się rozpadła, Żydzi, niemal dwa tysiące lat mającym zwyczajem, rozeszli się po świecie szukać szczęścia gdzie indziej. I pewnie wtedy, na parczewskim dworcu, Icek bez rodziny spotkał Chaję bez rodziny.

Razem pojechali najpierw do Łodzi, potem do Regensburga w Niemczech, potem do nowopowstającego Państwa Izrael. A skoro tam się nie odnaleźli, to następnym przystankiem był Nowy Jork. To takie miasto, o którym do czasu poznania Hani Gelertnerówny myślałem, że z Opola, Rozwadówki i Wisznic  jest tam strasznie daleko.