Major Feliks Jaworski pojawia się w trzech ostatnich odcinkach serialu "1920. Wojna i miłość". W jego postać wcielił się pochodzący z Lubelszczyzny aktor Marcin Janos Krawczyk..

Czarno-biała legenda Jaworskiego

HISTORIA Komenderując oddziałowi takich samych jak on raptusów i awanturników zasłynął najpierw, jako obrońca polskich majątków na Podolu, potem zaś słynący z brawury dowódca wydzielonego oddziału kawalerii, siejącego popłoch wśród uciekających spod Warszawy bolszewików. Kiedy przyszło jednak zsiąść z konia, okazało się, że major Feliks Jaworski nie potrafił ułożyć sobie życia



...Natrafił na krzyżowy i flankowy ogień karabinów maszynowych. Nie wahając się ani chwili, major Jaworski rzucił się naprzód w błyskawicznym "hurrrra" na bagnety, porywając za sobą oficerów i żołnierzy. Złamał opór kilkukrotnie silniejszego nieprzyjaciela, zdobywając wieś. Rezultatem wypadu majora Jaworskiego było kompletne rozbicie i zniszczenie 427 pułku piechoty sowieckiej, zdobycie sztandaru tegoż pułku, czterech armat z zaprzęgami, dziesięciu karabinów maszynowych oraz paruset jeńców - kroniki polskiej kawalerii z okresu wojny z Sowietami pełne są opisów zupełnie nadzwyczajnych wyczynów ułanów Jaworskiego. Efektem było m.in. nadanie dowódcy w październiku 1920 roku Orderu Virtuti Militari. Pisze Alfred Wyrzykowski, jeden z jego żołnierzy, który bił się m.in. pod Frankopolem: "Jego rozkazy były tak sugestywne, że ludzie nie zastanawiali się nad możliwością wykonania rozkazu, tylko szli i wykonywali rzeczy zdawałoby się niewykonalne". Gdyby dziś o takich żołnierzach szerzej uczono młodych chłopców w szkołach, w całym kraju z pewnością zabrakłoby kandydatów na księgowych czy kelnerów.

Bohaterzy czy zgraja bandytów

Była też jednak i druga strona medalu. Tak jak i Kmicic miał twarz odważnego partyzanta i paskudną gębę awanturnika z Wołmontowicz, tak i Jaworski z jego dobraną drużyną, sławę dzielnych mołojców łączyli z opinią zabijaków i chuliganów, nie wahających się sięgnąć po mienie tych, których mieli zasadniczo ochraniać.

Można nad tym przejść do porządku dziennego, bo zjawisko to powszechnie znane we wszystkich armiach świata, osobliwie w kawalerii. Pięknie w wielu miejscach pisał o tym Bolesław Wieniawa-Długoszowski, najpiękniej chyba w swoim wspaniałym "Wstępie" do książki Marcela Duponta o napoleońskim ułanie generale Lassalle`u.

Można zasłonić się po prostu wojacką piosenką:

Z konia zsiądę, prawo złamię,

Za to kulą w łeb dostanę.

– Jakiś prędki, dość twej chętki,

Bez buziaka bądź!

Można też zacytować Lermontowa (daję w oryginale, po polsku to kompletnie nie brzmi...):

Bo bez wina cztoż żyzń ułana,

jego dusza na dnie stakana

A kto dwa razy w dień nie pian

Ten - izwinitie - nie ułan..

Można wreszcie próbować wyłuskać odrobinę prawdy z "żurawiejek", czyli króciutkich piosenek śpiewanych przez kawalerzystów i opiewających wady oraz zalety poszczególnych pułków jazdy. Zwrotki przedzielane były dziarskim refrenem najpierw "Żuraw żuraw żurawia/ Żurawiejka ty maja" (bo moda ta została zaczerpnięta z armii rosyjskiej), a potem coraz częściej: "Lance do boju, szable w dłoń, bolszewika goń goń goń". O Jaworczykach (i utworzonym potem na ich bazie Dziewiętnastym Pułku Ułanów Wołyńskich) śpiewano:

Kto obronił chłopów, panów,

Dziewiętnasty pułk ułanów.

Lance do boju...

Dumny sławą partyzantów,

Dziewiętnasty pułk ułanów.

Lance do boju...

Kto całuje Sońki, Nastki,

To jest ułan z dziewiętnastki.

Lance do boju...

Były też jednak i inne:

Same łotry i wisielce,

To są Jaworskiego strzelce.

Lance do boju...

Dziewiętnasty tym się chwali: 

Na postojach wioski pali 

Lance do boju...

Gwałci panny, gwałci wdowy 

Dziewiętnasty pułk morowy. 

Lance do boju...

Bić, mordować - nic nowego,

Dla ułanów Jaworskiego. 

Lance do boju...

I wreszcie chyba najprawdziwsza:

Wroga gnębić, wódkę pić,

Jaworczykiem trzeba być.

 Lance do boju...

Aresztowano szesnastu, podpalili Żakowolę...

Prawdą jest, że tak wojenne jak i bandyckie wyczyny podkomendnych Jaworskiego daleko wykraczały poza przyjęte standardy. To, z czego żartowały żurawiejki inaczej wygląda w aktach prokuratury i sądów wojskowych, które z jazdą Jaworskiego miały pełne ręce roboty. Dokumentowały - także na Południowym Podlasiu - kolejne rabunki, bezprawne rekwizycje, pobicia i gwałty, zwłaszcza na Żydach, ale także polskich włościanach. Pisze starosta radzyński 9 listopada 1920 roku: "Wojsko bez zmiany. Na skutek jednak obecności Wojskowego Sędziego Śledczego dochodzeń i aresztowania 16 jeźdźców Jaworskiego ustały w części popełniane nadużycia. Wybrykom i samowoli wojskowych nie ma jednak końca. Jaworczycy spowodowali znów pożar w Żakowoli. Winnych aresztowano". Postępowania takie kończyły się w zasadzie na niczym, bo kto by chciał zbyt surowo karać - jakby nie patrzyć - bohaterów wojennych?

Domniemany bunt Jaworskiego

Wojnę polsko-sowiecką zakończył traktat ryski. Na jego mocy rodzinne strony Jaworskiego, razem z Kamieńcem Podolskim, pozostały poza sowieckim kordonem. Jego rodzinną wieś Cyganówkę od granicy dzieliło tylko kilkanaście kilometrów. Dwory, których z narażeniem życia bronił w latach 1917- 1918 padły łupem bolszewickiej swołoczy: zostały rozkradzione, zniszczone. Wspaniała, kresowa tradycja której produktem był Jaworski, odeszła w niebyt. Nie mógł się z tym pogodzić. Można spotkać opinię, że rozważał (albo nawet planował) akcję militarną, bunt, mający na celu odwrócenie tego stanu rzeczy. Chodzić tym razem miało o bunt na serio, nie taką maskaradę jaką urządził na polecenie Piłsudskiego w Wilnie generał Żeligowski. Tym tłumaczone jest odsunięcie go od dowodzenia oddziałem i rozesłanie jego oficerów po innych jednostkach.  Przymusowa bezczynność i nie akceptacja sytuacji politycznej odbiły się na jego psychice. Cechy bardzo przydatne w czasie wojny u kawalerzysty, gdzie odwaga, bezczelność, brak poszanowania dla norm, buta i arogancja są w zasadzie po prostu zaletami, sprawiły, że w czasie pokoju, jako przymusowy rezerwista nie odnalazł się zupełnie. Raz po raz popadał w mniejsze bądź większe tarapaty.  Zaczął więcej pić, do gry weszły narkotyki.

Tragedia żołnierza

W 1923 w czasie awantury w restauracji we Lwowie, w ataku szału, wymachując rewolwerem przed nosem kelnera, z którego pracy był niezadowolony, przypadkowo zastrzelił własną matkę. Po zdiagnozowaniu u niego choroby umysłowej został umieszczony w zakładzie dla nerwowo chorych na lwowskim Kulparkowie. W 1938 nadal tam przebywał, dalsze jego losy są nieznane. Być może został zamordowany przez Niemców w listopadzie 1941 r., wraz z 1000-1200 innych pacjentów. Być może jednak przed wojną - wraz z częścią innych pacjentów lwowskiej lecznicy - został przewieziony do szpitala w Kocborowie k. Starogardu na Pomorzu. W okresie od września 1939 do stycznia 1941 Niemcy zgładzili tam setki pacjentów, w tym 310 przeniesionych z Kulparkowa. Nie można wykluczyć też domysłu, że kiedy do Lwowa weszli Sowieci i zorientowali się, kogo mają w swoich rękach, zechcieli wywrzeć na Jaworskim swoją zemstę. Z całą pewnością jednak ani czasu ani miejsca śmierci ułana nie możemy określić. Miejsce pochówku nie jest znane.