Wczorajszy post Donalda Tuska wywołał lawinę komentarzy i obliczeń:
źr. Facebook - profil Donalda Tuska
Brzmi jak duża reforma, ale po chwili pojawia się pytanie: czy rzeczywiście zmieni ona sytuację osób, które dziś czują na plecach ciężar podatków?
Obecnie skala PIT przewiduje 12 proc. do 120 tys. zł dochodu oraz 32 proc. od nadwyżki ponad tę kwotę. Kwota wolna pozostaje na poziomie 30 tys. zł. To właśnie ten ostatni element najmocniej rozpala emocje. W 2022 r. państwo podniosło kwotę wolną z maksymalnie 8 tys. zł do 30 tys. zł, a próg z 85 528 zł do 120 tys. zł. Od tamtej pory parametry skali pozostawały bez większej korekty.
Nowa propozycja przesuwa granicę, ale nie spełnia oczekiwań wszystkich podatników. Krytycy pytają przede wszystkim, dlaczego rząd podnosi próg tylko o 10 tys. zł, skoro przez kilka lat ceny i wynagrodzenia wyraźnie wzrosły. Padają też postulaty, aby drugi próg zaczynał się dopiero przy 200–250 tys. zł rocznie.
Jest jeszcze jeden haczyk. Sama stawka PIT nie pokazuje całego obciążenia wynagrodzenia. Pracownik płaci także składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne. Przy działalności gospodarczej zasady wyglądają inaczej, a wysokość obciążeń zależy między innymi od wybranej formy opodatkowania. W 2026 r. składka zdrowotna dla osób rozliczających działalność według skali wynosi 9 proc. podstawy, natomiast przy podatku liniowym 4,9 proc.
To właśnie różnice między etatem a działalnością gospodarczą wywołują kolejną falę komentarzy. Dwie osoby mogą wykonywać podobną pracę, osiągać podobny dochód, a mimo to płacić zupełnie inne daniny. Zapowiadana korekta progów PIT tego problemu nie rozwiązuje.
Rząd wskazuje natomiast, że musi pilnować finansów publicznych. Zmiana ma mniej więcej równoważyć się dla budżetu, a koszt obniżenia obciążeń części podatników ma pokryć między innymi większe obciążenie największych firm. W planach znalazło się bowiem podniesienie CIT z 19 do 22 proc. dla przedsiębiorstw osiągających ponad 200 mln zł przychodu. Zmniejszyć ma się również limit korzystania z ryczałtu.
I tutaj zaczyna się polityczna gra o wysoką stawkę. Dla rządu reforma ma pokazać, że można pomóc osobom o wyższych, ale niekoniecznie bardzo wysokich dochodach bez dokładania kolejnych miliardów do deficytu. Dla części wyborców problem leży jednak gdzie indziej: w kieszeni najbardziej odczuwalna pozostaje kwota wolna.
Nie ma bowiem zapowiedzi podniesienia jej do 60 tys. zł. A właśnie ta obietnica przez lata budziła duże oczekiwania. Jeżeli ktoś zarabia niewiele, przesunięcie progu z 120 do 130 tys. zł praktycznie go nie dotyczy. Dla takiej osoby znacznie ważniejsze byłoby zwiększenie dochodu, od którego zaczyna płacić PIT.
Dane Ministerstwa Finansów pokazują skalę tego problemu. Według informacji dotyczących rozliczeń za 2024 r. aż 92,4 proc. podatników rozliczało dochody wyłącznie według niższej, 12-proc. stawki. To oznacza, że dyskusja o drugim i trzecim progu dotyczy mniejszej części podatników niż mogłoby się wydawać.
Dlatego reakcje na propozycję Tuska są tak różne. Jedni widzą krok w dobrą stronę i ulgę dla osób, które przy rosnących pensjach coraz szybciej zbliżają się do wyższego opodatkowania. Inni mówią wprost: oczekiwali większej korekty, przede wszystkim kwoty wolnej.
Najważniejsze pytanie brzmi więc nie tylko: kto zapłaci mniej? Równie ważne będzie to, kto odczuje zmianę w portfelu i o ile. Dopiero konkretne wyliczenia pokażą, czy reforma rzeczywiście przyniesie odczuwalną ulgę milionom podatników, czy okaże się przede wszystkim kosmetycznym przesunięciem granic. Na razie rząd podniósł temperaturę sporu. Teraz musi przekonać Polaków, że gra jest warta świeczki.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.